Emerytka oczekująca na mieszkanie od lat 80tych

Urodziłam się w M. (przyp.: 64 l.). Jestem na emeryturze. Skończyłam podstawówkę Salezjan. Potem przeprowadziliśmy się do innej dzielnicy w 1969 r. Później była zasadnicza szkoła dziewiarska i technikum dziewiarskie. Po szkole pracowałam jako dziewiarz. Urodziłam córkę. 10 lat nie pracowałam. Zaczęłam znowu pracować w 1986 roku w sklepie samopomocy chłopskiej przez 12 lat, a potem w drugim sklepie - 22 lata. Był taki okres, że miałam bardzo wysokie ciśnienia, że przeszłam na rentę na 3 lata. Wtedy zmieniłam pracę na drugi sklep, bo to był wtedy zakład pracy chronionej. Chciałam być na produkcji, ale wzięli mnie na siłę do sklepu. Wydawało mi się, że na produkcji będę miała spokojną głowę. Zrobię i idzie człowiek do domu, nie myśli. W sklepie to tak różnie. Mam niepełnosprawność lekką. Akurat brakowało im pracowników w sklepie. Był 8 godzinny czas pracy. Z początku soboty był pracujące. Płacili więcej za nie. Mogłam nie pracować w soboty. Była osoba na zmianę. W samopomocy było różnie. Brakowało pieniędzy to obcinali nam wynagrodzenie do 70% przez 2 miesiące. Oczywiście za naszą zgodą. To była spółdzielnia, więc mieliśmy głos w tej sprawie. Złożyłam deklarację członkowską, ale jak odchodziłam nie było pieniędzy do podziału. To działa do tej pory. Jako członkowie mieliśmy prawo głosu i decyzji. Odbywały się walne zebrania raz w roku. Np.: dawaliśmy prawo takie, że prezes zostaje, jak spółdzielnia ma funkcjonować, co możemy zmienić. Sami ustalaliśmy, że - jak dużo pracownić szło na macierzyński i wracały - zmniejszamy odprawy, zatrudniamy pracowników na ich miejsce i na jaki okres. W spółdzielni było ok. 50 osób. Na zebraniu byli wszyscy. Drugi sklep też był spółdzielnią pracy, jak tam przeszłam. Byli tam udziałowcy z dużymi udziałami w firmie. Dobre pieniądze za to wzięli tak, że mieszkania sobie za to pokupowali. Kiedy tam przeszłam już nie przyjmowali w poczet członków. Prezes, odchodząc na emeryturę, sprzedał to. Spółdzielnia została sprywatyzowana w 2013/2014 roku. Tam było ok. 1 200 osób, z czego połowa to udziałowcy. Mieli co roku dywidendy od zysku. Były też dla pracowników na początku. Nam troszkę skapnęło, a potem już nie. Jako pracownice miałyśmy udział w zysku, jakiś tam procent. Potem się to urwało. Nie widzę różnicy dla siebie po 1989 r. Zarobki zawsze najniższe prawie. Tyle że w sklepach mogłam kupić co się chciało. Nic się nie zmieniło ani z mieszkaniem ani z niczym. Tyle tylko, że wyjeżdżać można było. Człowiek się wolniejszy zrobił. Nie podpisywał, że musi iść 1-go maja na pochód. Wynagrodzenie nigdy nie wystarczało na życie. Zawsze był z tym problem. Tym bardziej, że sama córkę wychowywałam. Rozeszłam się z mężem, jak córka miała 10 lat. Rodzice jeszcze byli to mnie troszkę wsparli. Mieszkałyśmy z córką w tej samej kamienicy co zaraz po ślubie z mężem. Z przychodów nie więcej niż 1/4 szła na czynsz, ale co miesiąc trzeba było myśleć skąd wziąć. Tam taki gospodarz był co nie zdzierał. Starałam się cały czas o mieszkanie komunalne. Za dużo było pieniędzy, żeby je dostać, a za mało, żeby kredyt wziąć. Teraz się mieszczę, bo podnieśli kryterium dochodowe, ale emeryturę cały czas o parę groszy podnoszą i wraz to dochodzi do tego momentu. Teraz mam 1 570 zł netto emerytury, a czynsz wynosi 260 zł, wydaję ok. 100 zł na leki.

Na lekarza się czeka, żeby darmo było. Nie chodzę prywatnie. Na prześwietlenie żył szyjnych czekałam pół roku aż zapomniałam o tym. Miały zadzwonić z terminem, jak lekarz będzie. Zadzwoniły, ale nie dostałam się, bo miałam być na 13:00, o 12:15 już byłam pod przychodnią, ale zadzwoniły, że przykro im, ale żebym nie jechała, bo lekarz już wyszedł. Na następną wizytę czekałam ok. 3 tygodni, ale akurat mnie nie było i nie poszłam. To było w ubiegłym roku. Lekarze przyjdą aby odbębnić, aby szybciej, aby szybciej… Najlepiej jak się przychodzi tylko leki przedłużyć i się wychodzi. Jak rozmawiam, że po lekach się gorzej czuję, to mówi: nie, to nie po lekach. Jak nie po lekach, jak spróbowałam miesiąc nie brać i było całkiem inaczej. Nie zmienili mi leków, chociaż w opisach jest, że sporo osób ma takie dolegliwości. Mam problemy z krążeniem i układem oddechowym. Jak wchodzę pod górę, mam zadyszkę, ale badania wysiłkowe dobrze mi wyszły. To jest śmieszne, ale w końcu człowiekowi nie chce się iść do tego lekarza.

Córka uczyła się w liceum gastronomicznym. Na początku miała kontakt z ojcem, a potem już nie. To był alkoholik. Wstydziła się. Chodziła też do szkół policealnych. Zrobiła sobie studium księgowości i w tym zawodzie pracuje. Była ze mną prawie do 2010 r. Urodziła córkę i przeprowadziła się do swojego męża. Teściowa jej pomogła i kupili sobie mieszkanie. Mieszkałyśmy w jednym pokoju 17 m. kw. Jak córka robiła prawo jazdy i instruktor chciał ją podwieźć pod dom, umawiała się z nim ulicę dalej koło parku. Do tej pory jej zostało, że gorsza jest. Potem właścicielka pozwoliła nam na górze sobie zrobić, jeśli chcemy. Wyremontowałam mieszkanie piętro wyżej i musiałam zostawić zaraz. Córka dwa lata była w Anglii. Chciałam, żeby po powrocie mieszkała sama, ale pomieszkała tam tylko ze trzy lata.

Tak żyłam. Pracowałam, jeździłam do wnuczki, a potem do mamy, bo trzeba było pomagać. Miałam działkę pracowniczą. Jak zrobili wiadukt, spowodował że woda stała na działkach. Teraz pojadę do siostry, do brata na działkę, bardzo często do wnuczki – odporowadzam, przyprowadzam. Teraz jak młodzi cały dzień nie pracują, to na czynsz nie mają. Muszą sobie dodatkowe prace brać. W TBS (przyp.: Towarzystwo Budownictwa Społecznego) są. Teraz mają ok. 1 100 zł czynszu za 67 m kw.

Wierząca jestem, ale mało praktykująca. Modlę się w domu czasami. Jak tak słyszę o aferze pedofilskiej w kościele, to mnie ponosi zaraz. Jak sobie przemyślę, to tak samo i artyści i te grupy… to tak samo tam jest przecież. Człowiek ma takie zaufanie że ksiądz to jest ksiądz; powinien być zaufany, to spowiednik. A nie ma już tego zaufania. Tyle lat rodzice prowadzali do kościoła, czasem trzeba było wyganiać. Czasami człowiek musi wierzyć, bo nie ma kto pomóc. Pamiętam jak córka była bardzo chora… poszłam i się pomodliłam. Jak wróciłam mama mówi: dziecko ona pół butelki zjadła. A od tygodnia prawie nic nie jadła. Uwierzyłam, że to przez modlitwę. Jestem w takim środowisku, że jedni chodzą do kościoła, inni nie. W rodzinie tak samo.

O polityce się u nas w rodzinie rozmawia. Czasami kłótliwie. Nas jest siedmioro. Jak się spotkamy, to się kłócimy. My też jesteśmy podzieleni. Jak się popatrzy, wszyscy robią tak samo i człowiek ma tak samo. Nic się nie zmienia, a partie się zmieniają. Kłócimy się: jedni o PIS, drudzy o PO, teraz to znowu o inne partie. Tak jak zaczniemy, to potem już nie wiadomo od czego się zaczęło. Jeden brat mówił, że poszedłby do polityki, ale nie. On by się nadawał. Pracuje w funduszach unijnych. Pomagają zdobyć zakładom jak najwięcej. U nas to się tak zmienia z wyborów na wybory. Głosuję, może niepotrzebnie nawet… Bo jak człowiek zagłosuje na PIS to nic nie będzie miał, i jak na PO to też nic nie będzie miał. Nowoczesna mnie denerwuje, bo oni tak chcą tylko się wylansować i trafić na lepsze stołki. Im chyba o to tylko chodzi. Nie wiem czy to nie wszystkim o to chodzi. Kukiz’ 15 mi się podoba, bo logicznie mówią i nie rwą tych pieniędzy, tej władzy i mi się wydaje, że są tacy przekonujący. Nie, żeby dać, tylko pomóc, pozmieniać te przepisy, żeby nie można było robić tak jak robią do tej pory niektórzy: i ze szkołą, i z lekarzem, z nauczycielami. Głosowałam raz na Platformę, raz na PIS, jak mnie Platforma zdenerwowała. Nie jestem politykiem, żeby rozumieć co oni kombinują. Zrobi tak, a potem powie, że zrobił inaczej. Bezczelnie mówi, że białe jest czarne. Chciałabym, żeby mieszkania były dla młodych, bo to tragedia nie mieć mieszkania; większe pobory, żeby mogli zrównać dzieci w tych szkołach, bo jedni zarabiają nie wiadomo ile…

Wnuczka jest w 3 klasie. Zmiana w edukacji nie bardzo mnie dotyczy. Ona się bardzo dobrze uczy, ale za dużo jest tego wszystkiego: ciężkie plecaki, dużo zajęć i lekcji w domu. Nie ma czasu na rozwijanie swoich zainteresowań. Jak zacznie malować, to nie odrobi lekcji. Tak jak posłuchać, że dzieci na zachodzie nie noszą książek, mają różne koła zainteresowań, dzieci mogą wybierać, a tu jak nie opłaci człowiek, to dziecko nie idzie. A tu opłacać trzeba jedno, drugie, trzecie, obiady w szkołach… Ile tych pieniędzy trzeba miesięcznie mieć tylko na to? Edukacja jest droga, żeby dzieci podgonić do inych, żeby nie było takich różnic. Wnuczka chodzi na angielski prywatnie i teraz sama chce na drugi – włoski. Za sam angielski płacą 180 zl miesięcznie – lekcje są dwa razy w tygodniu po dwie godziny.

Bałagan w Polsce mnie denerwuje najbardziej. Oglądam TVN, TVP info czasami, czytam na facebooku informacje. Człowiek nic nie wie, nie jest pewny, nikomu nie może uwierzyć. Nie wiadomo za kim być, kto lepiej by to wszystko zrobił. Wszyscy chcą zrobić dobrze, każdy mówi to samo, tylko jak dojdzie do władzy… Była niepewność i jest. Za Wałęsą każdy kiedyś głosował, a teraz w życiu nie zagłosowałabym na Wałęsę. Oszukał. Dopchał się do władzy, głupoty mówi i tyle. Głupoty robił. Nie wiem czy on sam to wymyślił. Nie wierzę. Elektryk zwykły nie potrafi rządzić państwem. Miał doradców i rządzili za niego. Władza ma duże poparcie w kościołach. Z tymże młodzi też są za PISem, bo trochę może i dostali, a każdemu brakuje. 500 plus – tak jak i Kukiz mówi - powinno być dla tych, co naprawdę potrzebują. Niektórzy dobrze je wydają, a niektórzy aby czekają. a dzieci jak nie miały tak nie mają. U nas jest za mało to sprawdzane. Idą duże pieniądze, a pomoc jest niewielka. Chociaż to też mnie denerwuje, tak jak to chyba Młynarska powiedziała: nad morzem się rozłożyło 500 plus – patologia. To tak też nie można mówić. Pojechali, bo w końcu może ich było na to stać. Nie można wszystkich jedną miarą mierzyć. Córka nie dostawała na jedno dziecko, a teraz ma dostać i od razu mówi, że korepetycje z matematyki 300 zł kosztują. Przyda jej się. Nie wiem czy to dużo czy mało. Żywność teraz tak podrożała. Już sama nie wiem na kogo zagłosować, żeby było lepiej. Młodych szkoda. Mówiłam: jedźcie za granicę, bo chyba tu nic się nie zmieni.

Z mieszkaniem jest problem odkąd przyszedł nowy właściciel. Nie wiem jakie to prawo, ale cały czas z tym szedł, że może tak zrobić. Mówiłam mu: pan wie kto tu mieszka, pan chce nas wszystkich chyba powyrzucać, bo nikogo nie będzie stać, żeby tyle czynszu płacić. Ale on po to kupił; nie stać, to proszę się wyprowadzić. Tyle było rozmowy z nim. To była okropna sytuacja. Przeszłam na emeryturę i w takim wieku zostaję bez mieszkania. To jest tragedia. Tyle lat mieszkało się tam. Chciałam zmienić mieszkanie na komunalne, bo na wynajem mnie nie stać. Nie odłożyłam tyle, żeby było mnie stać na wynajem. Nawet byłam kiedyś w kolejce na TBS. Jak prezes wziął mnie na rozmowę i zapytał czy mnie będzie stać na czynsz. Jak posłuchałam, przmyślałam ile to wszystko będzie kosztowało, zrezygnowałam. Pierwszy raz składałam podanie o mieszkanie komunalne w latach 80tych, a potem i córka pisała, i nie szło w żaden sposób. Nie mieściłam się w kryteriach, bo przekraczałam o parę groszy. Po 35 latach pracy mam 1 570 zł emerytury. Co to jest? Żadnych urlopów macierzyńskich, żadnych zwolnień przez 22 lata. Największym problemem jest dla mnie teraz brak mieszkania. Od roku mieszkam w mieszkaniu chronionym w domu opieki dla osób starszych tymczasowo, ale ja tu nie mieszkam. Wegetuję z dnia na dzień. Miałam wybór mieszkać z osobą psychicznie chorą albo tu. Jestem tu dopóki nie dostanę mieszkania. Tu nie ma kuchenki ani nic. Nie mogę upiec w piekarniku. Smażone nie zawsze mogę jeść. Nie mogę się tu odnaleźć, bo mi się wydaje, że ja jeszcze nie powinnam tu mieszkać. Mały mam kontakt z ludźmi, co tu są, ale z tymi co mam, jest bardzo dobry. Człowiek się psychicznie wykańcza. Chciałoby się, żeby córka przyszła czy wnuczka, żeby ją zabrać na dzień albo na weekend. Przestałam wierzyć w to, że coś może się zmienić, że zagłosuję i to ma wpływ na cokolwiek. Kiedyś w zakładach pracy mogli się zebrać i pójść za sobą, a teraz każdy boi się o pracę. Niemożliwe to jest, żeby ludzie się teraz zjednoczyli. Każdy pilnuje swojego ogródka, pilnuje przed drugim, żeby nie widział co u niego. Jakieś takie czasy… Ja już jestem za stara, żeby to zrozumieć, a tym bardziej zaakceptować. Młodzi najlepiej wiedzą, co trzeba zrobić. Za nimi trzeba być i wspierać ich. Chyba uczciwość ludzi mogłaby to zmienić. Zwłaszcza tych, co nami rządzą. I poskarżyć się nie ma komu i o pomoc nie do kogo się zwrócić. Każdy obiecuje, że będzie dobrze, a jak przyjdzie co do czego…