Kto ma prawo do dachu nad głową? Aktywizm mieszkaniowy w Lublinie


#1

housing

Trudno powiedzieć, jak się to zaczęło. Kilka lat temu kolega zapowiedział, że przyjedzie do nas znajoma z Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów i opowie nam o tamtejszych problemach – skończyło się na tym, że przyjechał Jarosław Urbański, ze Stowarzyszenia, związany też z Inicjatywą Pracowniczą, i zaczął tłumaczyć nam mechanizmy rynku mieszkaniowego – m.in. jak się kształtują stawki czynszu, jaka jest struktura mieszkaniowa w Poznaniu, z jakimi problemami jako grupa lokatorska mierzą się. Zainspirowani, chcieliśmy zobaczyć, jak możemy zaangażować się w podobne sprawy w Lublinie. Przeczytaliśmy artykuł o kobietach, które zajmowały pustostany, czekając na mieszkania komunalne. Liczyły na to, że jak je wyremontują, to miasto zalegalizuje ich pobyt, tymczasem dyskwalifikowało je to i musiały od początku zapisywać się do kolejki, nie wspominając o konsekwencjach karnych za zajęcie pustostanów. Tak się zaczęło. Pamiętam trzy kluczowe wydarzenia, które moblilizowały nas do działania, nad jakimi pracowaliśmy w ciągu trzech kolejnych lat.

To był rok 2015, gdy w mediach pojawiła się wzmianka o planowanych masowych eksmisjach. Urzędnicy wynajęli prywatną firmę z Wrocławia, żeby wysiedlić mieszkańców z 15 lokali. Zaplanowano eksmisje w ciągu tygodnia. Z mediów uzyskaliśmy informacje o tym, na których ulicach odbędą się wysiedlenia – żadnych szczegółów – oraz kiedy. Poszliśmy na te ulice i pytaliśmy kolejno, czy ktoś coś o tym wie. Tak przypadkowo trafiliśmy na pierwszą eksmisję, która miała mieć miejsce za dwa dni, a potem docieraliśmy do kolejnych osób z listy.

Zaczęliśmy badać sprawę – uzyskaliśmy od urzędu umowę, na podstawie której lichwiarska firma miała zapewnić wyrzucanym osobom pomieszczenia tymczasowe. Pojechaliśmy noc przed pierwszą eksmisją do hotelu, w którym zarezerwowano pokoje dla osób eksmitowanych. Okazało się, że nikt z obsługi nic o tym nie wie, rezerwacji dokonano na zupełnie inną firmę, posługując się fikcyjnymi mailami. Kierowniczka hotelu nie miała pojęcia o eksmisjach, nie mówiąc już o tym, że nie było zgodne z prawem zapewnienie dachu nad głową zaledwie na dwa tygodnie, zamiast na miesiąc. Rezerwacje zostały anulowane.

W tym samym czasie przygotowywaliśmy pierwszego lokatora na nadchodzące spotkanie z komornikiem. To była improwizacja, wtedy nie mieliśmy pojęcia o większości spraw. Powiedzieliśmy mu, co może się wydarzyć i że po dwóch tygodniach zostanie bez dachu nad głową. W dniu eksmisji przyjechaliśmy z kamerami i dyktafonami, ktoś inny w tym czasie dzwonił do Rzecznika Zarządu Nieruchomości Komunalnych i opisał sytuację – brak noclegów i gwarancji, że lokatorzy będą mieli gdzie mieszkać przez dłuższy okres. W ten sposób pierwsza ewikcja została ostatecznie odwołana, reszta przesunięta. Mieliśmy pierwszy sukces za sobą. Anulowano też rezerwacje w drugim ośrodku.

Firma z komornikiem byli zmuszeni zostać w mieście dłużej niż przewidywano – przez dwa tygodnie. Żeby wiedzieć, z których mieszkań jeszcze będą chcieli eksmitować ludzi, jeździliśmy za nimi rowerami. Zrobił się wokół sprawy duży szum medialny. Wychodziły na jaw coraz to nowe wątki: jedno z tych mieszkań było puste, osoba mieszkająca w nim zmarła kilka lat wcześniej, a urzędnicy nawet tego wcześniej nie sprawdzili. Zaczęliśmy rozumieć, że kompletnie nie zdają sobie sprawy z tego, kogo wyrzucają z tych lokali oraz z tego, jak niehumanitarnie traktowani są mieszkańcy, komu zlecili to zadanie. Pod presją, w końcu Prezydent Miasta Lublin i Zarząd Nieruchomości Komunalnych zrezygnowali z pierwszych eksmisji.

Później trafiliśmy do ośrodka zastępczego, do którego przesiedlano osoby z Lublina po anulowaniu rezerwacji w poprzednich hotelach. To była jednostka wojskowa, położona 70 km od miasta i 5 km od najbliższego przystanku autobusowego, z marnym połączeniem z miastem (może raz dziennie). Prowadziła go hrabina, która miała co najmniej jeszcze inny ośrodek w Polsce dla osób z doświadczeniem bezdomności. O drugim z nich dwiedzieliśmy się, że ludzie mieszkali tam przez pewien czas bez wody i ogrzewania. Opinie mieszkańców były podzielone, dla jednych była to szansa. Na przykład dla byłego więźnia który w zamian za dach nad głową remontował mieszkania w tych budynkach, pracując bez wynagrodzenia i oddawał połowę swoich przychodów na rzecz ośrodka. Dla innych ten sam układ był nie do przyjęcia: praca za darmo nad remontami, oddawanie reszty zarobków na utrzymanie. Wiele osób pogrążało się tam w trudnej sytuacji, niektórzy szybko wyjeżdżali.

Musieliśmy też zdecydować, czy i jak sprawdzać, czy ta spółka lichwiarska, której zlecono masowe eksmisje, faktycznie współpracowała z wieloma samorządami w kraju i korzystała z publicznych środków – jak informowała na swojej stronie internetowej. Próbowaliśmy uzyskać od nich te informacje, ale robili wszystko, żeby ich nie udostępnić. Sprawa skończyła się w sądzie, ukarano ich grzywną – ale nie wiemy wciąż, jaka jest skala ich działania. Nie chcemy pytać bezpośrednio samorządów, bo boimy się, że część z nich dowie się o takiej możliwości i zacznie korzystać z ich usług.

Dzięki doświadczeniu z eksmisjami zrozumieliśmy, że w Lublinie brakuje polityki mieszkaniowej – a obecna jej namiastka opiera się na zupełnej nieznajomości sytuacji osób w zadłużonych mieszkaniach komunalnych. Na przykład osoby, których dług nie przekraczał 30 tysięcy złotych mogły skorzystać z programu, dzięki któremu go odpracują – ale trzeba spełniać różne kryteria: być jednocześnie bezrobotnym i korzystać z pomocy społecznej. Odpracowując dług, nie jesteś w stanie utrzymać się, bo w tym czasie nie pracujesz, więc wiele osób decyduje się na znalezienie pracy w szarej strefie, z nadzieją, że poza utrzymaniem siebie i rodziny, może wystarczy też na spłatę zaległości. Z reguły nie wystarcza. Reszta może podjąć próbę dogadania się z urzędnikami. Dwie niespłacone w terminie czynsze albo raty ugody równa się eksmisja.

Zadłużenie mieszkańców w mieście to ok 200 mln zł, większość z tej kwoty jest nie do odzyskania – ale urzędnicy nie korzystają chętnie, a nawet nie informują, o możliwości częściowego lub całkowitego umorzenia, mimo że taki instrument istnieje od wielu lat. A ludzie popadają w spiralę zadłużenia. Czasami zdarzy się jakiś wyjątek. Na przykład staruszka z 90 tys. zł długu – uznano, że nie ma szans na jego spłatę. Co więcej, połowa długu lokatorskiego to odsetki i opłaty komornicze – i te kwoty rosną bez przerwy. Urzędnicy zrobili z tego długu narzędzie propagandowe i straszak. Opowiadają w mediach stereotypy o "pasożytach", nierobach i alkoholikach, którzy nie dość, że żerują na kieszeni płacącego czynsz mieszkańca Lublina, to jeszcze dewastują mieszkania komunalne. Ciekawe co na to nauczyciel akademicki, który mieszka w barakach socjalnych poza miastem, bo na tyle go stać. I każda inna osoba, która wbrew swoim możliwościom finansowym, z problemami zostaje zupełnie sama, a dorabia się jej taką „gębę”.

Długiem dotkniętych jest ponad połowa lokali komunalnych w Lublinie – w większości zamieszkanych przez rodziny, więc w rzeczywistości liczba osób zadłużonych jest znacznie większa. I tu zaczął się drugi duży temat jaki podjęliśmy - tzw. programu oddłużeniowego. Zaczęliśmy apelować do Prezydenta Miasta, żeby stworzył politykę mieszkaniową dostosowaną do potrzeb i możliwości lokatorów – żeby po prostu sprawdzili, dlaczego ludzie nie płacą, znieśli bariery instytucjonalne i minimalizowali u ludzi strach związany ze zwróceniem się o pomoc do urzędu. Wiele z lokatorów i lokatorek po prostu boi się iść i prosić ZNK o pomoc. Apelowaliśmy też o to, żeby częściej korzystali z częściowego i całkowitego umorzenia długów, zainicjowali współpracę między instytucjami, taką, która da realną możliwość spłaty i wyjścia z problemów oraz regularnego płacenia czynszu. Przecież to korzyść dla wszystkich i realna pomoc.

ZNK niechętnie zgodziła się na konsultacje programu oddłużeniowego, który zdecydowali się przygotować. Zorganizowali je w małym pomieszczeniu, na które sami zaprosiliśmy gości, bo ZNK się tym nie chciało zająć. Nie przyszła żadna osoba z kierownictwa – a rozmowa toczyła się głównie wokół szerokich problemów, z którymi się mierzymy, bo było to pierwsze takie forum dla Lublina. Nie przygotowaliśmy rozwiązań, zabrakło na to czasu, ZNK uznało, że kolejne spotkania za "niezasadne", pomimo próśb o ich zorganizowanie i stworzenie forum współpracy czy ciała doradczego. Podczas kilku miesięcy prac nad nowym programem oddłużeniowym nie pokazano nam projektu – odsyłano nas bez przerwy do różnych miejsc, w końcu stwierdzono, że projekt jest dokumentem wewnętrznym i nie można go pokazać. Kiedy wreszcie go zobaczyliśmy, na kilka dni przed uchwaleniem, mieliśmy mało czasu na przygotowanie opinii i wysłanie analizy oraz swojego stanowiska do radnych. Chodziliśmy na komisje rady miasta, namawialiśmy radnych do jego odrzucenia – za pierwszym razem nam się udało, za drugim - projekt przeszedł bez poprawek. Wcześniej radni zorganizowali otwartą dyskusję na ten temat i pomysły, jakie tam pojawiały się oraz niewiedza radnych zszokowała nas. Np.: zaproponowano nam jako Lubelskiej Akcji Lokatorskiej, żebyśmy z radnymi chodzili po mieszkaniach osób zadłużonych i sprawdzali, czy mają oni telewizory i komórki, pytali sąsiadów, czy mają samochód, jeśli sami nie powiedzą. Wszystko po to, żeby ocenić sytuację majątkową lokatorów i lokatorek. Czas realizacji programu oddłużeniowego w wersji zaproponowanej przez urzędników niedługo się skończy i przyjrzymy się jego rezultatom – ale wiemy już, że odzyskano dzięki niemu zaledwie 1% długu. Trudno spodziewać się sukcesu po dobraniu narzędzi spłaty zadłużenia nieadekwatnych do sytuacji ludzi.

Z jednej strony, pierwsze lata były bardzo intensywne i interesujące dla nas jako grupy – wszystko było nowe, dużo się uczyliśmy, konsultowaliśmy z innymi organizacjami. To był okres mojego największego personalnego rozwoju. Ale eksmisje były też wyczerpujące – ciągłe konfrontacje, towarzyszące im emocje, nieznajomość prawa i sytuacji. Trzeba zdać sobie sprawę, że zarówno czyściciele kamienic, lichwiarska firma, jak i komornicy, z którymi mieliśmy do czynienia, zazwyczaj nie byli otwarci na dialog i szukanie rozwiązania. Jeden z komorników przyszedł wcześniej do lokatorów niż wskazał w zawiadomieniu o eksmisji i manipulował informacjami w taki sposób, żeby zachęcić ich do „dobrowolnego” odejścia. W tej rodzinie były problemy alkoholowe, mieli bardzo niską świadomość prawną, dlatego zgodzili się podpisać dokumenty pod presją, a gdy powiedzieliśmy im jakie są konsekwencje, nie mogli już tego podpisu wycofać. W silnym wzburzeniu - podczas tej eksmisji - protokół został podarty, a komornik wniósł oskarżenie przeciwko osobie z naszej grupy, która to zrobiła. Oczywiście, mając pełną wiedzę, lokatorzy drugi raz protokołu już nie podpisali.

Trzecim tematem, z jakim zmagaliśmy się było "czyszczenie kamienic". Nauczyliśmy się, że czyściciele kamienic w Polsce są dobrze zorganizowani – to elitarna grupa, która zna prawo, wymienia się ułamkami własności budynków, dzieli informacjami, współpracuje strategicznie przeciwko lokatorom. Są nawet strony internetowe, na których możesz przeczytać, jak w 10 krokach pozbyć się mieszkańców – prawnie i bezprawnie, ale skutecznie. O wiele łatwiej o dostęp do takich informacji, niż do tego, jak uzyskać pomoc.

Jedną z takich sytuacji była sprawa czyściciela z Lublina, który jednocześnie był (i dalej jest) radnym jednej z dzielnic. Jest członkiem PISu, i nauczycielem WOSu w publicznej szkole. Po kupieniu jednej z kamienic (której ostatnia zarządczyni zniknęła lata wcześniej, nie upominając się o czynsz ani nie interesując się stanem budynku), przyszedł bez żadnych dokumentów i kazał wszystkim się wyprowadzić, bo rzekomo budynek grozi zawaleniem. Dał im na to 10 godzin. Mieszkańcy nie mieli dokąd pójść, więc zostali w kamienicy. Wtedy właściciel zaczął przyjeżdżać i upominać się o niebotyczne kwoty, zgłaszać zupełnie bezprawne roszczenia, zawiadamiał prokuraturę o kradzież okien itd… Wniósł do sądu sprawę o eksmisję. Została uznana za bezpodstawną, a zachowanie właściciela sędzia określiła jako niezgodne z zasadami współżycia społecznego. Lokatorka, która jako pierwsza – trzy lata temu – wyprowadziła się z kamienicy, do tej pory jest oskarżana przez kamienicznika o zniesławienie i zdewastowanie lokalu. To od początku było jawne nękanie psychiczne przez niego. Mieszkania w tym budynku były małe (16 m2), podmokłe, zagrzybione, ogrzewane elektrycznymi grzejnikami, z prowizorycznymi łazienkami, zbudowanymi przez lokatorów. Czyściciel próbował różnych kroków aż w końcu zaczął podnosić czynsz i ludzie wyprowadzili się. Ciekawe, że wykonał tylko odświeżenie elewacji i remont kilku lokalów, które dzisiaj wynajmuje za rynkowe stawki studentom. Jednak stan kamienicy nie był tak tragiczny. Ale z lokatorów, którzy mieszkali tam po kilkadziesiąt lat, nie został nikt.

Do sukcesów Lubelskiej Akcji Lokatorskiej zaliczam to, że temat sytuacji lokatorów i lokatorek oraz mieszkań komunalnych czy czyszczenia kamienic w ogóle zaczął pojawiać się w lokalnych mediach i na językach loaklnych polityków – niektórzy mają nawet doradców do spraw mieszkaniowych. Bardzo blisko współpracowaliśmy z mediami. Dawali nam możliwość nagłośnienia różncyh spraw i naszej perspektywy, co przyczyniło się do tego sukcesu. Nawiązaliśmy współpracę z innymi grupami w Polsce, zajmującymi się tym problemem – choć jest ich niewiele. Udało nam się zorganizować dni lokatorskie, z panelami i dyskusjami dotyczącymi najważniejszych problemów w różnych miastach. Te same problemy są we wszystkich gminach, tylko mają różne rozmiary. Natomiast każdą z nich „wyróżnia” taki problem, który dana grupa lokatorska w szczególnie podnosi: w Lublinie to było i jest oddłużenie oraz brak mieszkań komunalnych, w Warszawie reprywatyzacja, w Poznanie brutalni czyściciele kamienic.

Po ponad trzech intensywnych latach LAL powoli zaczął się rozpadać – z 9 osób pozostało nas 2 czy 3. Nie szukamy już aktywnie spraw, odbieramy tylko telefony alarmowe i reagujemy na nie. Część z nas musiała się wyprowadzić w poszukiwaniu pracy, inni nie dawali rady emocjonalnie. Czasem nagłaśniamy jakiś ważny temat. Ostatnio pisaliśmy o nowym pomyśle Prezydenta Miasta – postawienia kontenerów, jako "kary" dla lokatorów z zadłużonych mieszkań. Lublin nie jest odosobniony w takich "nowatorskich" rozwiązaniach. W innych miastach rozważają np.: wprowadzenie prądu i ogrzewania na żetony, czyli jak cię nie stać, marznij w zimie, a w lecie paruj się w kontenerowej puszce. Mieszkań komunalnych brakuje też dlatego, że wiele z tych zbudowanych w PRLu oddano w prywatne ręce (mimo, że obiecano je lokatorom w mieszkaniach zakładowych, którzy zresztą sami je budowali). Urzędnicy wolą oddać tereny deweloperom, a z budownictwa komunalnego - dawać ofertę głównie dla tzw. klasy średniej. Konsekwentnie pomijają najuboższą grupę lokatorów.

Przez te wszystkie lata zobaczyłam, jak bardzo brakuje w Polsce solidarności społecznej. I że ostracyzm wobec takich praktyk urzędniczych nie istnieje. Ciągle niektórzy ludzie wierzą, że lokatorzy mieszkań komunalnych okradają resztę społeczeństwa, wierzą w mit własnego samodzielnego sukcesu, i twierdzą, że takim "społecznym pasożytom" nie należy pomagać. Uważam, że konieczna jest kampania społeczna pokazująca, że tego typu problemy wynikają z różnych okoliczności, na które nie zawsze mamy wpływ - choroba, wypadki, traumy, wychowanie itd. To są problemy społeczne, nie indywidualne. I mam wrażenie, że poza narastającym podziałem społeczeństwa i frustracją np.: lokatorów i innych potrzebujących pomocy grup, rośnie złość klasy średniej. Na niej skupia się teraz rząd, np.: uszczelniając podatki, co uderza bezpośrednio w dochody przedsiębiorców. To oni będą mieli coraz częściej wrażenie, że słabsza reszta na nich pasożytuje, a oni sami ubożeją ich kosztem. Nic bardziej mylnego. Wzajemnie siebie potrzebujemy i bronienie społecznych czy finansowych dysproporcji jest szkodliwe dla wszystkich grup społecznych - w bliższej albo w dalszej perspektywie.

Część moich znajomych, która zdecydowała się zostać w Lublinie, czy innych miejscach, gdzie zarabia się mniej niż w pozostałych regionach kraju, uznaje za duży sukces wypłatę na poziomie 2000-2500 zł miesięcznie. To dla mnie frustrujące i - szczerze mówiąc - zaczyna mi brakować motywacji, żeby zostać w Lublinie, który zresztą od zawsze uważałam za swoje miejsce do życia. Od ponad 10 lat pracowałam w organizacjach pozarządowych, a przez ostatni rok jako księgowa w sektorze prywatnym. Nierzadko byłam zatrudniona w kilku miejscach jednocześnie. Mam stale poczucie, że nakład pracy w porównaniu do mojego wynagrodzenia jest nieadekwatny. Poziom mojej frustracji spowodowanej brakiem stabilności finansowej spowodował, że mam coraz większą potrzebę zmiany otoczenia i wyjazdu. Mieszkam w wynajmowanym mieszkaniu, nie mam oszczędności, które pozwoliłyby mi na kupienie własnego, nie odziedziczyłam mieszkania czy czegokolwiek innego. Mam za to ten komfort, że jestem moblina, nie mam dzieci, i mam gdzie wrócić. Mogę w każdym momencie coś zmienić radykalnie. Warto pamiętać, że nie każde z nas może sobie na to pozwolić. I chyba empatii i zrozumienia życzę nam wszystkim najbardziej - czy to w odniesieniu do lokatorów czy jakiejkolwiek innej osoby.


#2

@Jan - mamy pierwszą bohaterkę!


#3

WOW! Fantstyczny material. Bardzo ekscytujace. Pozostaje ten ostatni krok, czyli doweidzeni sie jak ona glosuje, kogo popiera i dlaczego. Jeden z czarnych charakterow w historii jest ktos z PiSu, wiec trudno wyczuc.

Ale jest to swietne. Co z poczatek!

Pa,

J


#5

Hej Kinga, dzięki za tekst - zastanawiam się, czy Twoim zdaniem nastawienie do opieki społecznej w Polsce zaczęło się zmieniać? Czy po latach niechęci do rozdawnictwa i wiary w to, że wszystkim skapnie, zaczynamy myśleć, że może nie skapnie? Albo, że trochę rozdawnictwa i trochę skapywania do najlepsza kombinacja? I wreszcie, co o tym myślą ubodzy i dotknięci takim kryzysem? Czy wiesz, jaką politykę popierają?