Nie rozczulając się nad sobą zbytnio

Wychowałem się w innej miejscowości. Byłem w wojsku od 1950 roku przez dwa lata. Przeprowadziłem się tutaj w 1971 roku z uwagi na miejsce pracy. Byłem funkcjonariuszem policji, dawniejszej milicji. Byłem komendantem. Pracowałem tam około 20 lat. Moja pierwsza praca była jako funkcjonariusza posterunku w innym mieście. Potem przeniesiono mnie jako komendanta tutaj. Pracowało mi się dobrze. Dużo pełniłem społecznie funkcji: byłem radnym gminy, byłem w OSP - Ochotniczej Straży Pożarnej. Byłem społecznikiem. Przez cały czas byłem wybierany na radnego – ponad 20 lat. Kadencje tak jak teraz były czteroletnie w radzie. Potem pociągały mnie inne sprawy społeczne: byłem przewodniczącym spółdzielni mieszkaniowej, komisji rewizyjnej. Tak czas uciekał.

Mam prawie 85 lat. Lubiłem ludziom społecznie pomagać, gdy uznałem, że krzywda się komuś działa. Byłem wrażliwy na takie sprawy. Do dziś są mi wdzięczni. W szczególności pomagałem ludziom samotnym, jak miała pijaczka w domu, starałem się pomagać, poza pracą zawodową. Udzielałem się społecznie tam, gdzie uznawałem, że komuś działa się krzywda i ludzie sami się do mnie zgłaszali, gdy syn się znęcał czy mąż. Pomoc osobom potrzebującym nigdy nie jest zbyteczna. Trzeba wyczuwać czy ktoś potrzebuje, czy jest zadowolony z tej pomocy. W większości zgłaszali się ludzie, którzy wiedzieli, że ja mogę w tym kierunku pomóc. To mi dawało satysfakcję, że mogłem pomóc, że ktoś nie był już maltretowany. Było np. tak, że dana osoba, która doświadczała przemocy, była na komisariacie, ale nie była zadowolona z załawienia sprawy i zwracała się do mnie. Pomagałem i brałem pod uwagę dwie strony. Nie widziałem, żeby była taka instytucja, która pomagała tak jak teraz. Gdyby była, nie zawracałbym sobie głowy. Tam, gdzie była opieka społeczna, niektórych ukierunkowywałem, żeby tam poszli. Były takie osoby, które nawet nie wiedziały, że opieka społeczna jest, że można się zwrócić w sprawach życiowych.

Czułem, że miałem jakiś wpływ na to, co się dzieje jako radny. Często poruszaliśmy sprawy na komisjach. Należałem do komisji kultury i szkolnictwa. Wiedzieliśmy, że niektóre sprawy nie są widziane w szkole, nie było zainteresowania nimi, ale poza szkołą się je widzi. Np.: widziałem osobiście, też w sprawach bezpośrednio zawodowych, że jest uczennica i powinna chodzić do szkoły, a nie chodziła, bo zaczęła już z chłopakami i unikać szkoły. I rodzice nie widzieli, nie reagowali albo niektórzy nie umieli sobie z tym radzić albo uznawali, że to normalne. A ja widziałem, że to nienormalne, docierałem do rodziców, angażowałem wychowawców i docieraliśmy razem do miejsca zamieszkania albo tam, gdzie poza domem przebywała. W większości mieliśmy do czynienia z dziewczynkami, bo chłopaki to tam… Jeden drugiego popchnął. To były jednorazowe albo parorazowe sprawy. Mniej było takich spraw jak w tej chwili, jak narkotyki. To były inne problemy: bardziej brak zainteresowania ze strony rodziców albo niepełne rodziny, np.: tylko matka wychowywała sama. Nieraz nawet i komisja radnych docierała do nich. Radni byli też nauczycielami. To było pozytywne. Bo potem widziało się, że te osoby, co schodziły nie tak jak powinny, jako dorosłe pracują, są odpowiedzialne za swoje czyny.

Do 1991 roku byłem komendantem policji i do 1993 roku radnym. Rada (przyp.: przed zmianą ustroju w 1990 r.) działała w podobnych sprawach bieżących jak obecnie. Tylko cóż można powiedzieć? Inne były troszeczkę i poglądy, i zainteresowania. Ale nie odczuwało się, żeby to były inne kierunki w radzie. Było trochę więcej centralnie zarządzane w niektórych sprawach, ale to tak jak w tej chwili. Ale nie było i nie ma takiego poczucia, żeby rady były tak centralnie sterowane. Owszem ma kontakt i nadzór wyższego szczebla. Wcześniej czuło się bardziej wspólnotę między ludźmi, nie odczuwało się wtedy podziału ludzkiego. Więcej było zrozumienia wzajemnego, wspólnego działania, czyny społeczne. To było modne. Teraz tego mniej się odczuwa. Teraz odczuwamy więcej nienawiści jednego do drugiego. Niektórzy sami nie wiedzą o co im chodzi. Brak jest wspólnej jedności. Polityka podzieliła ludzi. Nieszanowanie jeden drugiego, ubliżanie, znieważanie. Jeden drugiego w łyżce wody by utopił i to wszystko leci w mediach. W głowie się nie mieści, żeby taką jeden do drugiego miał nienawiść.

Sądzę, że jakieś zmiany powinny nastąpić, a jakie, to chyba każdy domyśla się. Jeden z drugim powinien dogadywać się, a nie tylko wymyślać sobie bez bliższego kontaktu. Powinna być zmiana od góry do dołu. Jak jest na górze, tak i leci na dół. Na dole wyczuwają, że jak wolno na górze, to można i na dole. Teraz nawet o sprawach prawnych wcześniej się dowiadujemy - z mediów - niż w rzeczywistości powinniśmy. Chociaż media są dobre, ale dany przepis np.: wpływający na środowisko, powinien wychodzić z uzgodnienia. Zanim przepis zostanie przyjęty, to niech to będzie uzgodnione, dograne, żeby większość polityków to akceptowała. Bo bez tego, nieraz się słyszy – przepis opracowany na kolanie. Potem wychodzi to nerwowo, z zaskoczenia i oddziałuje na społeczeństwo. Problemy powinny być przede wszystkim konsultowane przez większość społeczeństwa. Czasem niby są konsultowane, a potem się słyszy, że jakieś przedsiębiorstwo dostaje zezwolenie, a to jest w efekcie szkodliwe dla społeczeństwa, lokalne społeczeństwo nic nie wiedziało; czy to wysypisko śmieci czy inne. To najbardziej ludzi bulweruje. Sądzę, że ludzie interesują się sprawami publicznymi. Są ludzie, których to nie obchodzi, ale nie można uogólniać że społeczeństwa to nie obchodzi. Jeżeli jest szkoła, a za rok będzie przybywało młodzieży i na siłę się ją likwiduje, społeczeństwo będzie pamiętać, że podjęto z góry narzuconą decyzję. Wtedy się produkuje niezadowolenie wśród społeczeństwa.

Jestem emerytem po 40 latach pracy. Od 1991 roku mieszkam w tym samym miejscu. Ogólnie jestem zadowolony, tylko teraz uważam, że zainteresowanie emerytami mogłoby być większe. Ale może być tak jak jest. Emerytura powinna rosnąć w stosunku do cen żywności. W niektórych przypadkach żywność idzie nawet o 100% w górę. Waloryzacja powinna być taka, żeby emeryt nie był w sytuacji czy mu wystarczy od pierwszego do pierwszego. Jeżeli ktoś ma kilkanaście tysięcy poborów, a emeryt ma 2 000 zł, 1 500 zł czy nawet 1 000 zł, i ma być zadowolony? Trzeba porównywać te warunki. Ale cóż, emeryt nigdy nie był tak mocno traktowany jak ludzie na wyższych stanowiskach lub z większymi dochodami. To się nigdy nie zrówna. Jeżeli człowiek ma możliwości dopracowania w młodym wieku, a w takim zawodzie jak mój, pracuje się, aby tylko załapać emeryturę w średnim wieku, i można sobie dopracowywać, wtedy też ma się dobre warunki. Ja się ukierunkowałem na emeryturze na społeczne działanie, nie patrząc na podjęcie pracy, żeby dorabiać. Jestem skromny, ale zadowolony.

Dla przykładu, w gminie, w której kiedyś pracowałem, tam jest takie zainteresowanie emerytami i osobami starszymi, że mają dom seniora. Tam jeden drugiego wspiera, jest pielęgniarka, organizowane są zajęcia, a u nas tego brak. Dom kultury ma ogólne działania, a dom seniora sam realizuje własne programy dla osób starszych. W naszej miejscowości tego nie ma, ale widać inne zmiany, rozwija się. Sądzę, że to może być i u nas, może przyjdzie z góry. Jedna osoba może nie widzieć, że jest taka potrzeba, ale jeśli będzie osoba patrząca szerszym poglądem, widzi życie seniorów i niepełnosprawnych w innych miejscowościach, liczę, że będzie inicjatywa i realizacja.

Straciłem wzrok momentalnie w 2012 roku, bez żadnego bólu głowy czy innych dolegliwości. Żyję tak siódmy rok. Nie czuję się upośledzony, że mam mocno trudne życie. Sam koło siebie wszystko zrobię. Staram się pomagać żonie w zmywaniu. Nie narzekam, że jest mi ciężko. Trudno. Trzeba się cieszyć tym, co jest, korzystać z życia. Trzeba brać życie tak, jak podchodzi, jak się układa. Trudno jest żyć, jak się widziało i nagle się nie widzi. Czasem to jest takie wewnętrznie trudne do przełknięcia, bo i samochodzikiem lubiłem jeździć, a teraz się nie jeździ, ale nie będę się nad sobą zbytnio rozczulał. Biorę życie takim, jakie jest. Raczej nie głosuję w wyborach.

Dzień dobry, @komendant - witamy w społeczności i dziękuję za tą inspirującą, pozytywną historię!

Wartości, o których opowiadasz w swoim tekście - wspólnota, wsparcie, współpraca - są mi bardzo bliskie i też ubolewałam nad tym, że w Polsce, ale też poza nią, coraz o nie trudniej. Jako społecznik wychowany w innym systemie i przyglądający się zmianom teraz, czy myślisz, że jest jakiś sposób na to, żeby wpłynąć na to, jak nowe generacje myślą o współżyciu i odpowiedzialności?

W pewnym sensie wydaje mi się, że wpływanie na organizacje społeczne (takie jak dom seniora, o którym mówiłeś) może być ciekawym przykładem. Powiedzmy, że młodsze pokolenia mogłyby zarządzać instytucją kulturalną w swoim mieście, na swojej dzielnicy - mieć faktyczny wpływ na program, nauczycieli, aktywności. Brakuje nam z jednej strony edukacji nt tego, jak budować instytucje społeczne, z drugiej - poczucia faktycznego wpływu na rzeczywistość. Czy masz wrażenie, że to zmieniło się w ostatnich dekadach, czy to poczycie sprawczości było bardziej obecne przez 1990?

Dziękuję ogromnie za Twoją historię :slight_smile: