Małe rzeczy, które mają znaczenie

Zacznę od tego, że jestem bardzo uprzywilejowanym człowiekiem w naszym społeczeństwie: białym mężczyzną w średnim wieku, wychowanym w katolickiej rodzinie, heteroseksualnym, mieszkającym w jednym z 5 największych miast, z wyższym wykształceniem, dochodami, które pozwalają zabrać rodzinę na wakacje. I staram się być naprawdę wdzięczny za wszystko czego doświadczam i wszystkich których spotykam. Jestem też normalsem i mam zarówno powody do dumy jak i sytuacje za które potrzebuję przepraszać i się z nich uczyć.

Zastanawiałem się w jaki sposób mógłbym dołożyć swoją perspektywę na naszą wspólną rzeczywistość w Polsce. I choć początkowo miałem napisać o podziałach, które widzę wszędzie i w które wchodzimy jak w masło. To koniec końców zajmę się czymś bardziej subtelnym i opowiem to poprzez kilka krótkich epizodów z życia mojego lub najbliższych mi osób.

Nie zawsze jestem ubezpieczony w NFZ. Kiedy jednak jestem mam pokusę skorzystania z usług państwowej służby zdrowia. Nie żeby jakoś od razu ją nadwyrężać. Po prostu, myślę żeby raz na 5 lat zrobić sobie podstawowe badanie i jak mam grypę, a kaszel nie ustępuje, to miewam taki pomysł by mnie ktoś osłuchał i sprawdził czy to nie coś poważnego. Wiec pewnego razu kiedy udałem się do przychodni przyjął mnie Pan doktór, którego obiór i wygląd jakoś mimowolnie skojarzył mi się z dyskusjach o zarobkach w służbie zdrowia… Nieomal odczuwałem jak się męczy i że należy mu się już mniej lub bardziej zasłużony odpoczynek. Po rutynowych czynnościach orzekł, że to zwykły katar i przepisał mi ketanol. Ketanol? - zapytałem. Tak – to lek przeciwzapalny.

Jakiś czas temu sprzedałem samochód i zdecydowałem, że nowego nie kupię. Od tego czasu poruszam się piechotą, rowerem, komunikacją publiczną. Uberem, samochodami pożyczonymi na minuty i samochodami pożyczonymi od znajomych. Odwiedziłem ostatnio 45tysięczne miasto jakich u nas wiele… Przyjechałem pociągiem. Wysiadłem i próbowałem się zorientować jak dojechać na miejsce wczesnej umówionego spotkania. O 6 rano ludzi na ulicy nie było wielu, szybko jednak ustaliłem że autobus w moim kierunku jeździ co godzinę i 50 min muszę poczekać. Próbowałem zadzwonić po taksówkę, ale żadna z wymienionych w necie firm nie odbierała telefonu. (później dowiedziałem się, że w mieście tym jest 40 taksówek i nie ma żadnego zrzeszenia, czy korporacji. Każdy kierowca działa niezależnie) Po jakimś czasie złapałem jakąś taksówkę, która podjechała akurat na postój. Po spotkaniu, chciałem oszczędzić i poszedłem na pobliski przystanek. Rozkład był zerwany, nikogo w okolicy. Znów zadzwoniłem po taksówkę i tym razem ktoś odebrał.

Innym razem zamarzyłem sobie odwiedzić przyjaciół na południu Polski. Chciałem pojechać z rodziną. Ze względu na prace miałem do dyspozycji tylko weekend. Szukałem pociągu który jechał by na południe między 13 a 20. Nie znalazłem nic co kosztowało by mniej niż 450zł za 4 osobową rodzinę (w jedną stronę). Pożyczyliśmy od znajomych samochód i pojechaliśmy autem. Paliwo w dwie strony 210zł.

Ponownie zacząłem chodzić do szkoły podstawowej. Tym razem jest to szkoła mojego dziecka. W pierwszym miesiącu młody otrzymał 7 czy 8 ocen (nie ważne jakich). Niektóre 6 i 7 latki wpadały w histerię otrzymując 5 i 6 -. Posypały się oceny, choć nikt nigdy nie wyjaśnił dzieciom po co one są. Jaka ocena jest za co. Czego się od nich oczekuje. Pomijam całą dyskusję na temat tego, czy oceny faktycznie służą rozwojowi dziecka. Nieśmiałe próby nawiązania rozmowy z nauczycielem na temat ocen zakończyły się informacją, że od nauczyciela ocen wymaga dyrekcja, od dyrekcji kuratorium itd. I tyle.

Jedna z moich bardzo bliskich osób w wieku wczesna-emerytalnym pewnego dnia nie podniosła się z łóżka. Niedowład lewej strony ciała. Dramat. Nagle wszystkie potrzeby trzeba załatwić w łóżku, a jeszcze kilka lat temu chłop był jak tur. Wizyty u lekarzy. Wizyty na SOR (żeby uniknąć kolejek). Sprzeczne diagnozy. Każdy mówi co innego. Odsyła gdzie indziej. Nikt ne bierze odpowiedzialności. Dni mijają. Miesiące mijają. Cała opieka 24godzinna jest na barkach rodziny. W końcu okazuje się że to może jednak powikłanie po dawnej operacji kręgosłupa. Miesiące oczekiwania na nowy zabieg. Niemożliwość dostania się na rehabilitację. A każdy dzień to większe zaniki mięśni, większe ryzyko odleżyn, droga z której co raz trudniej zawrócić. Nie udało się znaleźć lepszego rozwiązania niż prywatny ośrodek opieki z rehabilitacją. Całe szczęście że facet przepracował 40 lat na etacie na stanowiskach kierowniczych i jego emerytura + oszczędności starczy na zapłacenie tej opieki przez jakieś 6-7 miesięcy.

Ponieważ nie mam samochodu, często chodzę po mieście piechotą. Do niedawna z wózkiem dziecięcym. Teraz sam lub z 4 osobową rodziną. Mijam te wszystkie auta zaparkowane na chodnikach, przystankach, tuż przed pasami, na ścieżkach rowerowych. Schodzę czasami na ulicę, bo chodnikiem nie da się iść. Jak już naprawdę ktoś przesadził z tym parkowaniem, a ja mam poryw obywatelskiego obowiązku to dzwonię na straż miejską. Przyjeżdżają zazwyczaj 6 -7 godzin później i albo nie robią nic bo samochód odjechał, albo wlepiają mandat zupełnie innemu kierowcy niż ten który mi utrudniał przejście. Słysze później od znajomych i sąsiadów, którzy płaca mandaty lub odbierają odholowane samochody że na policję i straż dzwonią jacyś konfidenci. Raz poszedłem na spotkanie do lokalnego samorządowca by porozmawiać o parkowaniu w mieście. Usłyszałem, że nic nie zrobi bo zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony. Jak chcę coś zaproponować, to mam zrobić konsultację w całej dzielnicy, doprowadzić do porozumienia i przyjść do niego z rozwiązaniem. No nie zrobiłem.

Kiedyś w gronie znajomych zaczęliśmy się zastanawiać po czym wiadomo, że ktoś jest już „dorosły”. Jak głębiej przeanalizowaliśmy swoją sytuacje i sytuację życiowa znajomych, to doszliśmy do wniosku, że jednoznacznym znakiem że jesteś dorosły lub dorosła jest to że masz sprawę w sądzie. Rozwodową, spadkową, biznesową, frankową, ubezpieczeniową jakąkolwiek. W najlepszym wypadku jesteś świadkiem w sprawie znajomych. Więc ja też bywam w sądzie. Sprawa toczy się od roku. I sąd od 4 miesięcy nie jest w stanie powiedzieć, kiedy będzie kolejna rozprawa, ani kiedy będzie w stania zakończyć całe postępowanie. Mam komfort czekania.

I nie zrozumcie mnie źle. Ja nie potrzebuje narzekać. Mam naprawdę wyjątkowo dobrze. Jest kasa na taksówki. Jak potrzebuję to idę do lekarza prywatnie. Najbliżsi, którzy potrzebują opieki są w stanie sami ją sfinansować. Nawet w pracy nikt mnie nie ciśnie.

Zastanawiam się tylko czasami jak sobie radzą osoby, które nie mają tyle szczęścia co ja. I zaczynam wtedy rozumieć, że część z nas potrzebuje jeździć starymi dilami, zatrudniać na czarno opiekunki z Ukrainy, pracować na dwa etaty na umowach śmieciowych i leczyć się lekami z reklamy. I rozumiem dlaczego wolimy dostać tu i teraz 500+ lub 13 emeryturę za cenę przymykania oczu na szwindle władzy i szczucie na innych: obcych, nieheteroseksualnych, lewych. Nawet ja mam poczucie życia w ciągłej niepewności i braku zaufania: czy lekarz umie leczyć i czy mu się zachce, czy pociąg przyjedzie na czas, czy mnie ktoś na ulicy nie zwyzywa, czy nauczyciel w szkole swoimi nieświadomymi komentarzami i działaniami traumatyzuje moje dziecko itd., itd. I zaczynam rozumieć, że część z nas ma wywalone na wybory, podatki, jakość edukacji, służby zdrowia, opieki i transportu. Wiemy, że możemy liczyć tylko na siebie. Na państwo, samorząd, polityków nie ma co liczyć i nie ma sensu inwestować czasu i energii.

Szczęść boże i chwała wielkiej Polsce w wielkiej Europie na jeszcze większej ziemi w olbrzymim kosmosie.

1 Like