Nie jestem sam

Pochodzę z Kielc i tam teraz mieszkam, choć miałem swego czasu siedmioletni epizod warszawski, gdzie studiowałem i przez chwilę pracowałem. Jako, że wtedy byłem typem dość zamkniętym, nie udało mi się na tyle silnie zapuścić korzenie w Warszawie, żeby zostać tam na dłużej, w dodatku ciotka, u której pomieszkiwałem wówczas, zaczęła naciskać mi na odcisk i jej radykalizowanie się w poglądach na wizję świata stało się dla mnie prawdziwie nieznośne. Nie potrafiliśmy się zrozumieć i nasze drogi się rozeszły. Po dziś dzień każdy kontakt z nią przypłacam bólem głowy i fatalnym humorem, jak choćby ostatnio kiedy mieliśmy taką bardzo nieprzyjemną rozmowę na temat uchodźców.
Prawdziwe jednak zmiany w moim życiu zaczęły się dopiero po powrocie do Kielc. Miałem wtedy bardzo komfortową sytuację finansową. Pierwszy raz zamieszkałem zupełnie sam. To był dla mnie dziwny czas, nie bardzo mogłem się w tym odnaleźć, ale udało mi się to wszystko w końcu poukładać.
Mojej działalności społecznej towarzyszyła emancypacja wewnętrzna, te dwa elementy mocno ze sobą współgrały. Przemiany wewnętrzne były na tyle silne, że miałem ochotę działać też dla innych, nie trzymać tego tylko dla siebie. Ja dość późno przeszedłem swój wewnętrzny comming out, bo dopiero właśnie po studiach. Należę do grupy tych ludzi, którzy dość późno zdali sobie sprawę, że nie są heteroseksualne. W końcu jednak przyszło to do mnie, zacząłem się z tym oswajać i narodziła się właśnie potrzeba wspierania w tym innych. Czułem, że skoro oswajanie tego tematu, dochodzenie do TEGO było dla mnie tak ważne, to poczułem potrzebę wsparcia w tej drodze innych.
Kiedy myślę o czasach mojego dojrzewania, mojej młodości, to mam poczucie, że o homoseksualizmie w ogóle się nie mówiło. On nie był też obecny w dyskusji społecznej jak teraz. Nie było tego tematu. Ja czułem się wtedy oczywiście niedopasowany. A skoro moja seksualność nie potrafiła znaleźć wyrazu, to zacząłem się zastanawiać, czy nie jestem aseksualny. Ze względu na moje wycofanie nie miałem okazji do eksploracji tego tematu jak moi rówieśnicy. To następowało u mnie z opóźnieniem. Zatem kluczowym punktem było zamieszkanie samemu. Wreszcie mogłem się sobie przyjrzeć w intymnej przestrzeni z dala od rodziców i ciotek, od presji oczekiwań, że muszę się zadeklarować. Wreszcie nie musiałem słuchać komentarzy typu ”Znalazłeś już narzeczoną?”, „Kiedy dzieci?”. Kiedy byłem sam ze sobą, łatwiej było mi to wszystko poukładać. Początkową drogę przebyłem sam, a później zacząłem spotykać ludzi ze środowiska. To było bardzo uwalniające móc poznawać inne historie, konfrontowanie się z nimi. Pamiętam historię człowieka, który nie był akceptowany przez swojego brata. Temu bratu urodził się syn, jak się później okazało- gej. Takich historii było mnóstwo. Poczułem wtedy, że nie jestem sam.
Jeśli chodzi o moją rodzinną sytuację, to mój ojciec był bardzo agresywny i to było szczególnie trudne dla mojego starszego brata i mojej matki. To odcisnęło piętno na naszej psychice. Mój brat potrzebował wielu lat, żeby dojść do siebie. Nigdy nie zdecydował się na terapię. Mój ojciec był nieobecny i w dodatku agresywny Ja wiele rzeczy tłumiłem w sobie i one nie wychodziły na wierzch. Matka była chyba najbardziej poszkodowana w tym wszystkim. To taki typ Siłaczki.
Nie zdecydowałem się na terapię, bo udało mi się jakoś poukładać to samemu. Mój brat bardzo mi w tym pomógł. Był pierwszą osobą, któremu przyznałem się, że jestem gejem. On był zawsze dla mnie dużym wsparciem. Po tym jak wreszcie TO komuś powiedziałem, poczułem niesamowity spadek formy ocierający się o depresję. To był ciężki czas. Ale brat dał mi dokładnie takie wsparcie jakiego potrzebowałem. Później dowiedziały się inne osoby: matka, ojciec. Uznałem, że skoro chcę normalnie funkcjonować, to muszę zacząć od rodziny. Ojciec może nie był tym zachwycony, ale jak na niego to zareagował nawet dość dobrze. Inna sprawa, że już byłem od niego niezależny i nie mógł mi nic zrobić, to w pewnym sensie było dla mnie łatwiejsze.
Bycie w społeczności, też jako działacz, było dla mnie ważnym elementem dochodzenia do samoświadomości, w sensie obywatelskim, politycznym. Ta działalność w grupie lgbt była dla mnie elementem ugruntowywania mojego światopoglądu. Później zapisałem się do partii Razem, co też było ważnym elementem rozwoju. Wszystko zmieniło się jak odważyłem się stanąć za sobą, przyznać się do swojej seksualności- to była taka cezura. Za tym poszła zmiana osobowościowa, nabranie pewności siebie, ale to był proces oczywiście.
Myślę że teraz nie żyje mi się dobrze w Polsce, gdy widzę co się dzieje. Czuję niepokój nie tylko o społeczność lgbt, ale też dotycząca zmian klimatycznych, że nic się z tym nie robi. Martwi mnie to.
Kryzys roku 2008 w mojej ocenie spowodował radykalizowanie się nastrojów.
Mam takie poczucie, że czasem im bardziej wychodzisz poza przyjęte ramy społeczne, im bardziej wyłamujesz się w innych obszarach, tym mniej społeczeństwo ma dla Ciebie akceptacji. Nie mam w sobie zbyt dużo optymizmu co do naszej przyszłości. Lepiej się rządzi, kiedy społeczeństwo jest podzielone, a społeczność lgbt jest idealnym kozłem ofiarnym.

Cześć @Adam1! Witamy w Edgeryders, i bardzo dziękuję za tę wypowiedź. Dlaczego myślisz, że społeczność lgbt w Polsce jest idealnym kozłem ofiarnym? Również napisałeś: ‘Myślę że teraz nie żyje mi się dobrze w Polsce, gdy widzę co się dzieje.’ Czy rozważysz emigrację?

Czeeeeeść, myślę że wiesz kto pisze :wink:
Myślę, że trzeba wrócić do naszych regularnych spotkań nastawionych na wsparcie - jakoś mi tego brakuje i miło by było, żebyś się czasem pojawił. Fakt, że ja też aktywizm zaczęłam już po studiach, wcześniej głównie przyglądałam się temu co robią inni ludzie i stałam z boku. Niby w tłumie innych, a jednak bojąc się odezwać. Jak pierwszy raz trzymałam megafon w ręce to mi drżały nogi, nie wiedziałam czy to co mam do powiedzenia jest warte dzielenia się z innymi. Aktywizm w moim wypadku stał się stylem życia i działania, ale też jestem zmęczona i sfrustrowana, bo niestety polityka wzięła sobie nas za “łatwy” target. Dziś przeczytałam, że prezydent chętnie podpisałby ustawę przeciwko “homopropagandzie”. I co możemy zrobić? Ostatnio czuję się bezsilna. Choć jednocześnie widzę sygnały wsparcia i mam wrażenie, że jest i nas więcej w przestrzeni publicznej, i naszych sojuszników też.