O przemocy i życiu na lekach za najniższą krajową

Urodziłam się w 1965 r. w rodzinie wielodzietnej. Było nas ośmioro dzieci. Mieszkałam w mieszkaniu komunalnym na starym mieście do piątego roku życia. Gnieździliśmy się w jednym pokoju. Potem dostaliśmy w dzielnicy robotniczej. Tam były cztery pokoje. Urodziła się tam moja ostatnia siostra – ósma z rodzeństwa. W 1970 r. jeden z braci zginął w wypadku samochodowym. Miał wtedy 19 lat. Było bardzo ciężko, biednie. Matka nie pracowała, tylko nas wychowywała, tata sam pracował - był kierowcą. W 1976 r. - miałam 11 lat, to była niedziela, pamiętam jak dziś – przyjechał dyrektor firmy ojca po mamę: musi pani ze mną zejść do samochodu, bo mąż zasłabł, musi pani ze mną pojechać. Pojechaliśmy pod taki barek i ojciec już tam leżał przykryty prześcieradłem. Pamiętam ten pisk, jak mama płakała, tak ciągnęła mnie za rękę… Tata miał 46 lat. Matka sama została z nami.

Chodziłam do podstawówki w naszej dzielnicy. Później poszłam do krawieckiej zawodówki. Potem poznałam swojego męża jak miałam 16-17 lat. On był jedynakiem. Nas było tak dużo i jemu to się podobało, że nas jest tyle, a on był sam. Zakochałam się. Wyszłam za mąż jak byłam już w 8 miesiącu ciąży. Zaraz po urodzeniu dziecka okazało się, że nie jest tak fajnie, bo zaczął mnie strasznie bić. Córka miała tak 4 lata. Leżałam w szpitalu jeden, drugi raz i popadłam w depresję, w chorobę psychiczną. Wszystkim się denerwowałam, uciekałam z domu, szłam w swoją stronę, ale jakoś tak pchałam to wszystko. Wstydziłam się ludzi, żeby nikt się nie dowiedział, że taka sytuacja jest. Potem za takie ciężkie pobicie poszedł do więzienia. Siedział ze 2,5 roku, a potem dostał w zawieszeniu. Wyszedł i było jeszcze gorzej, bo przeze mnie siedział to trzeba było mnie inaczej potraktować. Był taki przełom, że jak dostał pracę, przestał pić, powiedział, że będzie się leczył, że wszystko będzie dobrze. Urodziłam syna… a miałam ucieczkę jeszcze do mamy. Jak syn miał 10 miesięcy, mama zmarła. Wcześniej obcięli jej nogę, bo miała stopę cukrzywcową. Była na wózku inwalidzkim. Najmłodsza siostra z nią mieszkała i się nią opiekowała. My też przychodziliśmy, jak mogliśmy. Ja byłam ciągle pobita i tak jakoś… Wychowałam syna. Było różnie ze wspólnym mieszkaniem z mężem. Jak zrobił rozróbę, pobił mnie, to do swojej matki szedł. Starałam się wychować dzieci tam gdzie mieszkałam. Chodziły do szkoły. Córka skończyła technikum maszyn i urządzeń przemysłu spożywczego. Syn skończył technikum ochrony środowiska. Chciałam ich wychować jak najlepiej. Córka zaszła w ciążę jak była jeszcze panną. Jej narzeczony był uzależniony od narkotyków. Nie wyszła za niego za mąż. Sama wychowała dziecko, które ma teraz 16 lat. Po 9 latach poznała innego faceta. Miał być taki dobry… On sam po rozwodzie. Odradzałam jej to: że jak po rozwodzie, to nie jest dobry, ale wyszła za niego za mąż. Urodziła córeczkę. Okazało się, że to alkoholik, z padaczką alkoholową. Uciekła chyba od tego ojca alkoholika w jeszcze większy alkoholizm. Nie miała gdzie się podziać z dziećmi, przyjęłam ją z powrotem do domu. W tym czasie zmarł męża ojciec. Zostawił nam parę groszy. I żeby nie przepił, kupiliśmy działkę na wsi. Tam jest taki malutki domek kryty azbestem, a obok drugi dom w budowie, nieskończony. Miałam też książeczkę mieszkaniową po śmierci taty. Potem ona była guzik warta. Miała być na dwa pokoiki, a dostałam z niej 25 tys. zł. Nic za to nie można było kupić. Nawet pokoiku. Mówię do męża, że mamy pieniądze po teściu i my mamy 50 tys. zł swoich. Trafiła się taka kobieta, która dała nam działkę z tym domem na wsi na raty. Wpłaciliśmy jej 50 tys. zł i potem co trzy miesiące - po 4 tys. zł. Razem to kosztowało 100 tys. zł. Wzięłam jeszcze 12 tys. zł pożyczki.

Córka ma pieniądze tylko z 500 plus, rodzinne, i chodzi klatki sprząta. Chodzi na prace sezonowe, żeby dorobić. Nie stać mnie, żeby codziennie do niej dojeżdżać, bo 6.50 zł kosztuje bilet w jedną stronę, bo zarabiam 1 500 zł na rękę – najniższą krajową. Sama teraz mieszkam z synem. Wcześniej byli jego teściowie, więc nie mogliśmy tam zamieszkać. Teraz zmarł mój mąż. Miał tyle chorób i tych poalkoholowych. W tym samym roku zmarł mój brat i siostra. Jedna z moich sióstr miała schizorenię. Nie miałam nigdy znikąd pomocy, a tak dużo przeszłam. Mąż mnie podpalił i wypchnął z pierwszego piętra. Tak to było. Dlatego poszedł siedzieć. Wcześniej nie chodziłam na policję jak byłam pobita czy skopana. Trzy razy chciałam popełnić samobójstwo. Po tym dużym pobiciu lekarze wezwali policję. I tak zaczęło się leczenie psychiatryczne. Trafiłam na w porządku lekarkę i do tej pory mnie prowadzi, pilnuje.

Gorzej z innymi lekarzami. Mam tarczycę chorą. Zapisałam się w sierpniu tamtego roku na badanie szczegółowie i dopiero w lutym 2020 roku mogę pytać o termin. Mam też nadciśnienie. Poszłam się zapisać ze skierowaniem. W styczniu dopiero przyszłego roku mogę się leczyć. Jak tu się leczyć? Poszłam, wyprosiłam w innym szpitalu, jakby się miejsce zwolniło. Zapisałam się na listopad tego roku i czekam tak od kwietnia. Na kręgosłup się leczę u tej samej lekarki stale. Tu bez problemu. Jak przyjdę to zawsze mnie przyjmie. Muszę mieć zastrzyki, bo nie mogę chodzić przez rwę kulszową. To jest ból nie do zniesienia. Czasem nawet z łóżka nie mogę wstać.

Za młodych lat pracowałam w sklepie ok. 6 lat. Potem sprzątałam biura, laboratoria może 8-9 lat. Teraz - od 7 lat – myję na zmywaku garnki w szpitalu. Wszystko to były umowy o pracę. Raz przez 2 lata na sprzątnie miałam umowę zlecenie, a potem zobaczyli, że dobrze pracuję i dali mi umowę. Staram się uczciwie pracować. Zawsze pracowałam za najniższą krajową i na etat. Teraz – od kiedy mąż umarł - nie boję się jak kiedyś. Nie oglądam się za siebie czy mnie ktoś uderzy. Szkoda mi, bo to życie takie zmarnowane… A młoda jestem, bo mam dopiero 54 lata. Tych chorób się tyle przyplątało.

Nigdy nie korzystałam z pomocy społecznej, bo się wsydziłam po prostu. Nieraz mi brakowało, to wolałam pożyczyć czy sprzątnęłam komuś. Tutaj ten alkohol… Mąż pił. Jakby mi dzieci zabrali, to bym nie przeżyła. O to się bałam. Moja mama też nigdy nie korzystała, a tyle nas wychowała. Widziałam, że innym pomagali, ale czy im starczało? Chyba nie, bo zawsze im było brak na drugi dzień. To nie były jakieś wielkie pieniądze. Wolałam pójść do pracy niż do instytucji prosić o pomoc.

Jak byłam w ciąży z pierwszym dzieckiem, chodziłam pomagać księżom. Budowali w latach 80 - tych kościół. Jako młode dziewczyny latałyśmy pomagać: gruz nosić, sprzątać itd. Ci księża jeździli do właściciela, u którego później mieszkałam. Szyli u niego sutanny. Ksiądz wiedział, jaką mam sytuację i powiedział mi, że mieszkanie jest wolne; że za pomoc gospodarzowi mogę tam mieszkać. Dzięki tym księżom mieliśmy to mieszkanie. Byli dla nas dobrzy. W tamtych czasach księża rodzinom w takiej sytuacji bardziej pomagali. Ten ksiądz amówił nas na ślub i udzielił nam go. Dostawałam od niego ubrania i pieluchy dla dziecka. W tamtych latach nie było takich rzeczy nawet w sklepach. Ksiądz dostawał z darów i mi oddawał. Teraz to chyba mniej pomagają, bo tyle złych rzeczy się słyszy… O tych molestowaniach dzieci… To jest tego dużo. Wtedy księża byli uczciwsi i lepsi. Jestem osobą bardzo wierzącą. Za każdym razem modlę się. Mam tyle obrazków i do każdego się modlę o lepszy dzień: do Św. Marty, do Św. Rity. Chodzę do kościoła. Co dzień wstępuję do kaplicy w szpitalu. Modlę się do Boga, żeby mi dał zdrowie i żebym miała siłę przepracować każdy kolejny dzien. Proszę o wstawiennictwo w trudnych sprawach. Mówię pacież co wieczór. Robię to dla siebie. Zawsze proszę o zdrowie dla dzieci, żeby miały siłę.

To takie dziwne zakończenie dla mnie. Bardzo przeżyłam śmierć męża. Zawsze przeżywam śmierć - czy to człowiek czy zwierzę. Nigdy nikogo nie skrzywdziłam.Próbowałam się rozwieść dwa razy. Za każdym razem sędzia mówiła, żeby dać mężowi szansę i za każdym razem on obiecywał poprawę. Mówił w sądzie, że ja sobie to zmieniam i wszystko inaczej mówię jak było, bo jestem chora. Mówił, że wypije czasami, ale jest dobry. Ja tak przebaczałam i nigdy nie doszło do rozwodu. On jak nie pił, to był ze mną, ale jak pił to prosiłam jego rodziców i oni go zabierali. Wtedy nie było go 3-4 miesiące. Dzieci wychowałam, do szkoły trzeba było je wysłać. Na dobre mąż wyniósł się do innego miasta tak z 8 lat temu. Tam miał pracę. Nie raz mi pieniądze dał jak miał, jak potrzebowałam. Miałam alimenty na córkę. Nie pamiętam ile to było, ale to jakieś grosze. Przy drugiej próbie rozwodu zgodziłam się, żeby nie płacił na pierwsze dziecko, bo obiecywał, że wszystko będzie dobrze. Sam siebie tak oszukiwał. Potem mówił, że to nie jego syn.

Jestem teraz po operacji ginekologicznej. Byłam 3 miesiące na zwolnieniu. Też mi nikt nie pomógł. Mam oparcie w synu, a z córką mam mało kontaktu. Nie stać mnie na jeżdzenie. Mam tyle kłopotów po zwolnieniu. Wróciłam niedawno do pracy. Z wnukami mam kontakt. Przyjeżdzają czasem do mnie. Syn ma 3 – letnie dziecko i nie mogę z nim wyjść, biegać za nim czy wziąć na ręce, bo nie mam siły.

Miesięcznie moje koszty życia są wysokie. Za leki płacę ok. 200 zł, za mieszkanie 300 zł, kredyt - 300 zł, ubrania ze 100 zł, chociaż ubieram się w taniej odzieży; jakieś środki czystości – ok. 50 zł, kosmetyki do mycia - 50 zł, doładowanie telefonu, jedzenie… Jedzenie jakie drogie jest. Nieraz nic nie zostanie z wypłaty. Żyje się, bo się żyje. Trzeba żyć. Czeka się na następną wypłatę. Tak się nauczyłam, żeby na każdą rzecz mi wystarczyło, odkładam sobie na nie. Żeby nie zabrakło mi na chleb.
W wyborach teraz nie głosowałam, bo oni i tak się sami wybierają. Nie oglądam telewizji, nie słucham… Wiem, że się kłócą o stołeczki. W przedostatnich wyborach głosowałam na PIS. Głośno było, że tak dużo zrobią, obiecali, że zrobią, a się okazało, że człowiek, który mnie zniszczył – wyrzucił mnie z mieszkania - jest w tej partii. Dlatego nie głosowałam.

Teraz w Polsce żyje się od wypłaty od wypłaty. Wegetuje się. Może ludzie na wyższych stanowiskach dają radę: mają domy czy samochody, żyją lepiej, ale ja np. to nie za bardzo mogę sobie pozwolić, żeby żyć ponad stan. Jeszcze teraz sama całkiem jestem. Znikąd pomocy. Nie mam ani mamy ani taty. Brat w ostatnim czasie był bezdomny. Zmarł na nowotwór jamy ustnej. To był alkoholik. Może źle życie poprowadził. Miał żonę, dziecko, a poszedł w inną stronę. To był jego wybór, nie mieliśmy na to wpływu.

W Polsce powinny być wyższe zarobki, żeby utrzymać mieszkania i siebie, godnie żyć. Nawet 2 500 zł, żeby było na rękę, to już bym nie narzekała, nie płakała, bo byłoby mnie stać na cokolwiek. Poszłabym na pizzę, do restauracji chciałabym czasem pójść, a tak mogę tylko przez szybę sobie popatrzeć.